Współczesne niewolnictwo

dr Grzegorz Osiński

Za parawanem koncepcji ,,wolności morfologicznej” kryje się nowy totalitaryzm

Rodzi się nowy, niebezpieczny koncept, który może pozwolić na nieznane dotąd możliwości tworzenia i sterowania społeczeństwami. Niedawno w Brukseli odbyła się międzynarodowa konferencja naukowa TransVision 2017 dotycząca polityki i aspektów prawnych nowych technologii. Spotkanie przeszło bez echa i media raczej nie były zainteresowane tym wydarzeniem odbywającym się w mieście, które jest siedzibą instytucji Unii Europejskiej. Na konferencji dyskutowano wiele problemów dotyczących stosowania technologii w celu „ulepszenia kondycji współczesnego człowieka”. Jednym z omawianych zagadnień było wprowadzenie nowego prawa dotyczącego wolności – tym razem jednak „wolności morfologicznej”.

Cóż to za nowy typ wolności, który zapewne będzie niedługo promowany przez różne brukselskie środowiska? Kiedy przyjrzymy się bliżej, to okazuje się, że to wcale nie nowy pomysł, ale koncepcja zaproponowana w 1993 roku przez angielskiego filozofa Maksa Mora w celu praktycznej realizacji koncepcji „nowego człowieka”.

W sieci kontroli

Według współczesnej, uaktualnionej definicji, wolność morfologiczna to możliwość podjęcia decyzji o zmianie formy cielesnej człowieka poprzez udoskonalenie z wykorzystaniem technologii, inżynierii genetycznej, medycyny i innych zdobyczy nauki. Brzmi niegroźnie, przecież dzisiaj często korzystamy z technologii, aby pomagać ludziom chorym i niepełnosprawnym. Protezy kończyn są coraz lepsze, używamy już powszechnie wszczepianych rozruszników serca, implantów ślimakowych przywracających słuch osobom głuchoniemym czy też stymulatorów z elektrodą umieszczaną w mózgu w celu złagodzenia objawów chorób neurodegeneracyjnych.

Wszystkie zabiegi medyczne, podczas których wykonuje się suplementację technologiczną, są przeznaczone dla osób chorych, muszą one ponadto spełniać często bardzo surowe warunki określane przez procedury medyczne. Wolność morfologiczna otwiera natomiast zupełnie inne możliwości stosowania wszczepów technologicznych osobom zdrowym w celu ich ulepszenia. Takie prawo pozwoli każdemu na nieograniczoną swobodę w modyfikowaniu swojego ciała.

Broniąc tej koncepcji, inny Anglik, Andreas Sandberg, znany z prac nad ulepszeniem poznawczym człowieka, twierdzi, że człowiek już stał się istotą technologiczną. Przecież na co dzień korzystamy z technologii, aby doskonalić siebie i tworzyć nowe relacje społeczne. Sieci komputerowe i powszechne użycie smartfonów, z którymi nie rozstajemy się nawet na chwilę, już obecnie czyni z nas „techno-osoby”. Co prawda telefon komórkowy na razie trzymamy jeszcze w ręce, a nie mamy go wszczepionego na stałe do tkanki mózgowej.

Nie brakuje jednak ludzi, którzy dobrowolnie poddaliby się zabiegowi połączenia z siecią na stałe. Dlaczego więc ograniczać ich wolność – wolność morfologiczną właśnie?

Koncepcja Sandberga idzie jednak o krok dalej. Uważa on, że technologia powinna wspomagać również ludzką moralność. Przecież jest ona równie niedoskonała jak ludzkie ciało. Tak jak choroby i ułomności ograniczają nasze ciało, tak samo negatywne uczucia powodują kłótnie, przestępstwa i wojny. Zatem należy ulepszyć ludzką moralność, w dyskusjach w świecie naukowym używany jest tutaj termin angielskojęzyczny „moral enhancement”. Powinniśmy zatem wykorzystać technologie do sterowania naszymi emocjami, hamować i eliminować „niepożądane odczucia”, takie, które są niezgodne ze standardami „nowoczesnej, postępowej społeczności”.

Niestety technologie, które można w tym celu wykorzystać, już istnieją i tylko czekają na odpowiednie warunki społeczno-prawne, aby mogły znaleźć szerokie zastosowanie. Obecnie eliminujemy lęk, smutek i samotność za pomocą środków farmakologicznych. Możemy to równie sprawnie czynić, używając odpowiednich implantów wszczepianych do tkanki mózgowej i sterujących naszymi naturalnymi ośrodkami emocjonalnymi oraz strukturami układu limbicznego.

Niepokornych i niestosujących się do właściwych standardów można byłoby poddać np. procedurze przezczaszkowej stymulacji magnetycznej TMS (transcranial magnetic stimulation), która pomogłaby wyeliminować na stałe negatywne uczucia. Wszystkie środki technologiczne właściwie już istnieją, brakuje tylko centralnego ośrodka koordynującego takie prace, no i oczywiście odpowiedniego prawodawstwa. Nie można narzucić takich praw odgórnie, dlatego społeczeństwo musi niejako samo zgłosić odpowiednie poprawki i chęć otrzymania nowej wolności – zwanej obecnie wolnością morfologiczną.

Ideologia pseudohumanistyki

Prawo zagwarantuje nam wolność w wyborze technologii, z jaką chcemy się połączyć na stałe, przy okazji przyznając wszystkim pełne prawo do absolutnego i bezgranicznego dysponowania własnym ciałem. Skąd znamy już hasło „moje ciało, moja decyzja”? „Wolność morfologiczna” pozwoli na potraktowanie aborcji jako tylko elementu składowego, nad którym nikt już nie będzie dyskutował, ponieważ zapewniona zostanie ona w sposób automatyczny. Tak samo zostanie potraktowana eutanazja czy chirurgiczne zmiany biologiczne determinujące płeć. Przecież wolność morfologiczna da ludziom dużo szersze prawa i możliwość kreowania nie tylko nowych postaw ludzkich, ale również tworzenia zupełnie nowych społeczeństw. Kto jednak będzie stał na straży nowych wartości? Czy Komisja Europejska powoła coś w rodzaju Komitetu Standardów Morfologicznych, jak w powieści „Brzydcy” Scotta Westerfelda, który będzie dbał o właściwe „standardy” wyglądu, zachowania i systemu ulepszeń biotechnologicznych?

Na pewno na straży nowego porządku staną naukowcy. Przecież to humaniści – a szczególnie filozofowie z najlepszych europejskich uniwersytetów – stworzyli podwaliny technologiczne, prawne i etyczne tych ważnych zmian. Bardzo modne i szczodrze finansowane ze środków unijnych projekty typu humanistyka 2.0, kultura 2.0 czy też polityka 2.0 wychowują już nowe pokolenie naukowców, którzy w jakże szczytny sposób realizują etos konstrukcji nowej humanistyki. Mam tylko nadzieję, że moje osobiste skojarzenia z przygotowywaną właśnie ustawą o szkolnictwie wyższym, nazwaną również podobnie jak w powyższej konwencji ustawą 2.0, to tylko przypadkowy zbieg okoliczności.

To na Oxford University powstał projekt dotyczący transhumanizmu hedonistycznego, który jako cel nadrzędny stawia sobie określenie nowej prawdy jako słuszności tylko tych działań, które potęgują przyjemność, a hamują odczucia negatywne. Ten, kto jest przeciwko totalnej przyjemności, musi odejść do lamusa, najpierw sklasyfikowany jako biokonserwatysta, potem zapewne jako wstecznik i na końcu prostak z ciemnogrodu, który nie rozumie konieczności świetlanego postępu wyznaczanego przez oświeconą naukę.

W technologicznym transie

Przedstawiciele ruchów transhumanistycznych doskonale zdają sobie sprawę z trudności, jakie napotka wprowadzenie nowego prawa. Największy jednak problem, jaki dostrzegają, to problem ekonomiczny. Jest oczywiste, że na nowe technologie, które będą udoskonalały technologicznie człowieka, stać będzie tylko nielicznych. To bardzo drogie rozwiązania. Dlatego najbardziej wpływowi i najbogatsi przedstawiciele tego nurtu, jak Ray Kurzweil pracujący dla Google czy też Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka, promują transhumanizm egalitarny.

Usprawnienia człowieka będą dostępne dla 5-10 proc. najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa, starannie dobranych pod względem przekonań i „światopoglądu”. Pozostała część społeczeństwa zostanie wykluczona ze świetlanej przyszłości. Cóż zatem z nimi uczynić? Przecież w dobie liberalnej demokracji posiadają oni prawo głosu w wyborach i byłoby wskazane, żeby dokonywali właściwych wyborów, a nie organizowali manifestacje i protesty przed siedzibami nowych władz „oświeconych humanistów”.

Proponowanym rozwiązaniem jest wprowadzenie dochodu podstawowego lub dochodu gwarantowanego, czyli odpowiedniej kwoty pieniędzy, którą dostaje każdy obywatel; programy takie są już testowane pilotażowo w Kanadzie i Finlandii. Człowiek nie będzie musiał pracować, ponieważ wszystkie miejsca pracy zostaną zautomatyzowane i zrobotyzowane, a sama praca stanie się przywilejem.

W tej koncepcji dla większości społeczeństwa zostaną więc stworzone warunki do podstawowej egzystencji finansowanej dochodem gwarantowanym, a ich uczucia i pragnienia zostaną odpowiednio zmodyfikowane poprzez metody rozszerzonej moralności. Przecież ból, głód i cierpienie zostaną wyeliminowane, więc historyczne problemy generujące agresję powinny samoistnie zginąć. Jednak podstawowym warunkiem mającym zapewnić powodzenie temu utopijnemu projektowi jest absolutna konieczność wyeliminowania wszystkich przekonań religijnych i jakichkolwiek wartości rodzinnych.

Filozof amerykański Daniel Dennet stwierdza jednoznacznie, że „jesteśmy świadkami sytuacji, w której religie, jak skazaniec, czekają na wyrok śmierci”. Przecież udoskonalony człowiek przyszłości musi być całkowicie racjonalny i absolutnie niezależny. Jego jedynym celem ma być odczuwanie przyjemności, a wszystko, co może zakłócać ten proces, musi być usunięte.

Egoizm wymaga autonomicznej niezależności i ta zostanie osiągnięta poprzez likwidację więzi rodzinnych. Społeczeństwo przyszłości, wyznające hasła wolności morfologicznej, będzie zatem zbiorem osób, które tworzą tylko utylitarne relacje, żyją bez cierpienia, a ich jedynym celem ma być odczuwanie przyjemności. Wizja co najmniej utopijna, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie poszczególne elementy jej realizacji, to niestety posiada ona wyraźne cechy realności.

Nie wolno nam stać obok i przyglądać się bezczynnie nowym koncepcjom powstającym w różnych gremiach naukowych i finansowych. Powinniśmy reagować jak najwcześniej, zanim zło umocni się i zacznie dominować. Na razie mamy do czynienia z tworzącymi się zrębami nowego porządku społecznego. Jeśli jednak przegapimy właściwy moment, to na skuteczną reakcję może już być za późno.

Nie zapominajmy, że na naszych oczach zachodzi proces zmian społecznych w krajach starej Unii. Burzone są kościoły i rugowane korzenie chrześcijańskiej Europy, wartości rodzinne już dawno zostały wyeliminowane na rzecz utopijnego partnerstwa. Jeśli takie społeczeństwa staną przed pokusą hedonistycznego transhumanizmu, to z pewnością wybiorą wegetację w złudnej rzeczywistości technologicznego postspołeczeństwa.

Dla mnie, wychowanego w Polsce w tradycji chrześcijańskiej, bardzo ważne jest stwierdzenie, że „każde cierpienie ma sens – prowadzi do pełni życia”. Jednak podejrzewam, że to motto jest wręcz niezrozumiałe dla wielu młodych ludzi z początku XXI wieku. Co powinniśmy zrobić, aby zaproponować młodym ludziom alternatywę dla kolejnego zagrożenia ze strony, tym razem „wolności morfologicznej”? Czy jesteśmy dobrze przygotowani na nadejście technologicznie wspomaganego człowieka, czy też jesteśmy z góry skazani na życie z dochodem gwarantowanym w modyfikowanym środowisku wspomaganej moralności?

Źródło: https://wsksim.edu.pl/wspolczesne-niewolnictwo/

Dodaj komentarz