Transhumanizm – ostatnie dziecko rewolucji seksualnej?

Marcin Jendrzejczak

Rewolucja seksualna rozpoczęła się na Zachodzie w latach 60., jednak jej idee wciąż mutują. Dziś nie chodzi w niej już tylko o „wolną miłość”. Celem stał się sam podział na kobiety i mężczyzn. Chodzi o uwolnienie się od cielesności niczym w dawnej gnozie. Z pomocą radykałom przychodzą transhumaniści i promowane przez nich technologie. W gruncie rzeczy jednak te obłąkańcze idee nie prowadzą do rozwoju człowieka, lecz do wynaturzenia.  

Plinio Corrêa de Oliveira na kartach swego opus magnum „Rewolucja i Kontrrewolucja”, pisał o niszczących cywilizację zachodu rewolucjach protestanckiej, francuskiej i komunistycznej. Po nich nastąpiła rewolucja kulturowa. Brazylijskiemu myślicielowi nie chodziło jednak o Chiny, lecz o Zachód.

Zwolennicy tej ostatniej zapragnęli przekształcenia sposobu myślenia, życia, zachowania osób i społeczeństw. Zerwali z łańcucha najgorsze namiętności. Wypuścili na światło dzienne, to co dotąd trzymano w ukryciu. Chamstwo, prymitywizm, roztopienie się człowieka w quasi-plemiennej masie – oto zgniłe owoce rozpoczętych w pod koniec lat 60. przemian.

Nie zapominajmy też o jej kluczowym elemencie: rewolucji seksualnej. W 1968 roku oderwane od rzeczywistości studenciaki, inspirowane choćby przez mędrków ze szkoły frankfurckiej, otworzyły prawdziwą puszkę Pandory. W efekcie na świat zachodu spadły plagi rozpadu małżeństw, przestępczości młodzieży, kryzysu demograficznego czy chorób wenerycznych. Choć ruch hipisowski zdechł śmiercią naturalną, to jego wymysły wciąż drążą Zachód, niczym kropla skałę.

Genderyzm – zatruty owoc rewolucji seksualnej

Od lat 60. rewolucja seksualna wyostrzyła swe narzędzia. Rozwinęła się choćby ideologia gender. Jej zwolennicy, z grubsza rzecz ujmując, sprzeciwiają się uzależnieniu stylu życia od płci biologicznej. Ich zdaniem ta ostatnia nie powinna wpływać na role społeczne. Jeśli na przykład kobieta pragnie zostać komandosem, droga wolna. Jeśli mężczyzna „czuje się” kobietą, to „ma prawo”, by w dokumentach figurował jako niewiasta.

Tymczasem, jak uczy Biblia, Bóg stworzył „człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27). Genderystom to nie w smak. Ich zdaniem człowiek nie musi bowiem dostosować się do danej mu przez Boga i naturę płci. Dysponuje wszak prawem swobodnego wyboru. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by biologiczna kobieta uznała się za mężczyznę (i na odwrót).

Ideologia gender to zatem jedna z najgroźniejszych współczesnych utopii. Dotyka bowiem samych fundamentów stworzenia. Oddajmy głos Benedyktowi XVI. Jak zauważył on w Watykanie podczas spotkania z kardynałami oraz pracownikami Kurii Rzymskiej i Gubernatoratu w grudniu 2012 roku  „człowiek kwestionuje swoją naturę. Jest on teraz jedynie duchem i wolą. Manipulowanie naturą, potępiane dziś w odniesieniu do środowiska, staje się tutaj podstawowym wyborem człowieka co do samego siebie”.

Benedykt XVI potępił genderystów za kwestionowanie Bożego planu stworzenia mężczyzn i kobiet. „Tam, gdzie wolność działania staje się wolnością czynienia siebie samego, nieuchronnie dochodzi do zanegowania Stwórcy, a przez to ostatecznie dochodzi także do poniżenia człowieka w samej istocie jego bytu, jako stworzenia Bożego, jako obrazu Boga” – podkreślił ten papież.

Zwolennikom genderyzmu, podobnie jak dawnym gnostykom, nie podoba się rzeczywiście istniejący świat materialny. Nawet jeśli nie głoszą wprost, jakoby stanowił on dzieło złego bóstwa, to buntują się przeciw cielesności.

Jak bowiem zauważył francuski myśliciel Alain Besançon w książce „Świadek Wieku” „ogólnie rzecz biorąc gnoza i gnostycyzm są dosyć wrogo nastawione do tego wszystkiego, co dotyczy ciała małżeństwa i płodzenia dzieci. Ale mamy też postawę alternatywną, którą polega na twierdzeniu, że całkowite zerwanie z wszelką normą imperatywną jest – wręcz odwrotnie – najlepszym środkiem do unicestwienia tej znienawidzonej materii. A zatem brak reguł, rozwiązłość”.

Genderyzm i transhumanizm

Również tak zwany transhumanizm przypomina dawną gnozę. Piewcy tej szaleńczej ideologii dążą do „zbawienia” przez wiedzę i (poniekąd) do uwolnienia się od cielesności. Pragną wykorzystać obecną i przyszłą technologię do przemiany człowieka w transczłowieka, a następnie postczłowieka (de facto półboga). Przyniesie to jakoby wyzwolenie od chorób, polepszenie tak zwanej „jakości życia” i jego długości.

Niektórzy transhumaniści pragną wręcz nieśmiertelności. Mowa tu o tak zwanej Inicjatywie 2045 wspieranej przez rosyjskich miliarderów i naukowców z Harvardu. Dążą oni do zastąpienia ludzkiego ciała przez „ciało hologramowe” i skopiowanie świadomości ludzkiej do komputera. Brzmi to jak sen szaleńca, ale te realizacja tych projektów już trwa. Zaangażowani są poważni ludzie i poważne pieniądze.

Co istotne, w XXI wieku transhumanistom jest coraz bardziej po drodze z rewolucją seksualną, w tym ideologią gender. Razem tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową, zdolną rozsadzić oparty na chrześcijaństwie gmach zachodniej kultury.

Mieszance tej na imię postdenderyzm. Zdaniem dr. Jamesa Hughesa i George’a Dvorskyego (Postgenderism: Beyond the Gender Binary / ieet.org) postgenderystów cechuje przekonanie o możliwości przekształcenia biologicznego, społecznego i psychologicznego znaczenia płci za pomocą technologii. „Postgenderyści” – piszą autorzy „argumentują, że płeć społeczna (gender) to arbitralne i niepotrzebne ograniczenie ludzkiego potencjału”. Dążą do eliminacji tradycyjnych ról płciowych dzięki neurotechnologii, biotechnologii i nowych technik rozrodczych.

Ich zdaniem sztuczna reprodukcja umożliwi ludziom dowolnej płci rozmnażanie w dowolnych wariantach. Na przykład bez matek czy bez ojców. Dzięki sztucznym łonom tradycyjnie rozumiana płeć stanie się niekonieczna. Zapanuje „biologiczna płynność” i androgynia.

Sztuczne łona

Wspomniane sztuczne łona mają uwolnić ludzi od „tyranii reprodukcyjnej”. Pisała o tym już Shulamith Firestone w książce „Dialektyka Płci” (1979 rok). Podkreśliła ona, że „ostateczny cel  feministycznej rewolucji musi polegać nie tylko na eliminacji męskiego przywileju, lecz na (zlikwidowaniu) samego rozróżnienia na różne płcie: międzyludzkie różnice w narządach płciowych muszą przestać odgrywać rolę kulturową. Rozmnażanie przez jedną płeć przy korzyściach dla obydwu zostanie zastąpione (przynajmniej opcjonalnie) sztucznym rozmnażaniem: dzieci rodziłyby się osobom obydwu płci lub niezależnie od niej”.

Wówczas pomysły te mogły wydawać się mało realne. Dziś jednak jest inaczej. Nie chodzi tu tylko o to, że wcześniaki czy chore dzieci trafiają do inkubatorów. Naukowcy pracują bowiem nad tym, by znajdowały się one w maszynach od połączenia gamet, aż do „narodzin”.

Na przykład japoński profesor Yoshinori Kuwabara zajmuje się trzymaniem embiornów kóz w zbiornikach z płynem owodniowym – zauważa Soraya Chemaly na łamach portalu Rewire.News (23.02.2012). Z kolei Helen Hung-Ching Liu z Uniwersytetu Cornell z powodzeniem przeprowadziła proces niemal cały proces rozwoju mysiego płodu poza organizmem matki. Doprowadziła też do rozwoju ludzkiego embrionu w sztucznym łonie przez dziesięć dni. Niewykluczone, że trwałoby to znacznie dłużej, gdyby nie obowiązujące przepisy. Te (na razie!) zabraniają, by tego typu eksperymenty trwały dłużej, niż 2 tygodnie.

Z kolei zdaniem J.B.S. Haldane’a (1882-1964), do 2074 roku jedynie 30 procent wszystkich dzieci będzie przychodzić na świat z łona matki. Współcześnie naukowcy szacują, że tego sztuczne łono (ektogeneza) stanie się w pełni dostępna za od 10 do 60 lat. Jej zwolennicy przekonują, że stworzy to dzieciom środowisko wolne od tytoniu i alkoholu. Mówią także o pomocy w przetrwaniu nienarodzonych wcześniej dzieci (co częściowo dzieje się już teraz). Ponadto wskazuje się także na korzyści ektogenezy dla par niepłodnych, a także – jakżeby inaczej – homoseksualistów.

Co innego jednak wkładanie wcześniaków do inkubatorów w nagłych przypadkach, a co innego planowany na masową skalę rozwój nienarodzonych ludzi poza organizmem matek. W dodatku przez całą ciążę!

„Moralne, etyczne, prawne i społeczne konsekwencje są głębokie i nie jesteśmy na nie przygotowani” pisze Soraya Chemaly. „Definicje i rozróżnienia, znaczenia słów takich jak życie, człowiek, embrion, naturalny, a nawet matka […] rozpływają się szybciej, niż potrafimy się dostosować. Co stanie się, gdy zarówno mężczyźni, jak i kobiety będą w równym stopniu na reprodukcję, poprzez dostarczanie gamet? Czy kobiety muszą nosić ludzkie dzieci? Co, jeśli tego nie chcą? Kto ma decydujący głos?” – pyta.

Wspomniana autorka twierdzi także, że ektogeneza doprowadzi do przekształcenia debaty aborcyjnej. Kobiety nie będą musiały zabijać nienarodzonych, gdyż dziecko w fazie płodowej uniezależni się od nich. Jednak ewentualne uniknięcie aborcji to tylko jedna strona medalu. Druga to zniszczenie tradycyjnie rozumianego macierzyństwa.

Samocożołnicy i transhumaniści – łączcie się

Z kolei Istvan Zoltan na łamach Huffingtonpost.com wskazuje na zbieżność celów transhumanistów i ruchu mniejszości seksualnych (LGBT). Wszak jedni i drudzy dążą jakoby do wolności od opresji i ciasnoty umysłowej. Oferowana przez transhumanistów technologia może pomóc ruchowi LGBT w osiągnięciu tych celów. Zresztą, jak przyznaje, znaczna część transhumanistów to samcołożnicy.

W dalszej części artykułu ten „transhumanista, ateista i polityk” snuje zaś wizję społeczeństwa przyszłości, gdzie „niektóre instytucje, takie jak małżeństwo spotka los dinozaurów”. Przyjemność seksualna stanie się w nim dostępna na żądanie, bez względu na płeć biologiczną.

Swoją drogą, mimo całej futurystycznej otoczki, wciąż chodzi o realizację marzenia sowieckiej feministki Aleksandry Kołonntaj. Życzyła ona sobie bowiem, by zaspokojenie pożądania było równie łatwe, jak napicie się szklanki wody. Ba, w gruncie rzeczy do tego „ideału” najbardziej zbliżyły się niektóre prymitywne plemiona. Patrząc głębiej, rewolucja seksualna, transgenderyzm, a poniekąd transhumanizm okazują się więc odrzuceniem cywilizacji i powrotem do prymitywu.

Źródło: https://www.pch24.pl/transhumanizm—ostatnie-dziecko-rewolucji-seksualnej-,60139,i.html

Dodaj komentarz